
Przez ponad 60 lat czas był dla mnie pojęciem względnym. Nigdy nie spoglądałem na ten aspekt życia z jakimś szczególnym zainteresowaniem. Ot, czas płynie i nie mamy na to wpływu. Pracowałem, szalałem z ukochaną wnuczką, poświęcałem czas najbliższym. Gdy dwa lata temu zacząłem odczuwać dolegliwości zdrowotne, sądziłem, że to skutek upływu czasu. Ale gdy dolegliwości nasiliły się i pojawiły trudne do wytłumaczenia bóle brzucha uznałem, że czas na kontakt ze specjalistami. Szereg badań w krótkim czasie nie pokazał, żeby w moim organizmie działa się coś niepokojącego. Ale ON się już przyczaił i zaczął dawać znaki, że jest. On, RAK.
Bo mimo badań i uspakajających ich wyników cierpiałem. Kolejny szpital, kolejne badania. Wówczas to usłyszałem po raz pierwszy – NOWOTWÓR ZŁOŚLIWY POPRZECZNICY. Ale nie bałem się walki. Byłem na nią gotów. Bo przecież miałem dla kogo walczyć. Przede wszystkim dla niej – mojej maleńkiej Księżniczki, najjaśniejszego promyczka w moim życiu.
Niezwłocznie zostałem poddany leczeniu chemioterapią. Z każdym cyklem było ciężej, ale dałem radę, przetrwałem. Bo zawsze trzeba wierzyć i nigdy nie wolno się poddawać. Ale nie było mi dane wygrać. ON – RAK znalazł sobie nowe miejsce. Tym razem mój największy wróg to NIERESEKCYJ
NY NOWOTWÓR WĄTROBY. Lekarze powiedzieli wprost – żadna z dostępnych metod nie może być leczeniem z uwagi na położenie zmian w obrębie krytycznych struktur krwionośnych.
Co czuje człowiek słysząc takie słowa? Strach, rozpacz, gonitwa najczarniejszych myśli. W takich okolicznościach nie ma bohaterów. Ale są Wojownicy. I dołączyłem do tego zaszczytnego grona.