W roku 2021 moja mama Urszula przeszła operację guza mózgu, oponiaka. Po operacji i miesięcznej rehabilitacji na oddziale szpitala miejskiego w Toruniu wróciła do pełnej sprawności. Niestety, wiosną 2025 roku po kontrolnym badaniu rezonansem okazało się, że guz się odnowił. Neurochirurg, który przeprowadzał poprzednią operację, skierował mamę na radioterapię do Bydgoskiego Centrum Onkologii. Tam zdecydowano o jednorazowym naświetleniu guza, które miało miejsce na przełomie września i października.
Niecałe dwa miesiące po radioterapii, 24 grudnia podczas przygotowań do wigilii, mama dostała afazji mieszanej. Po tygodniowym pobycie na oddziale neurologii szpitala miejskiego w Toruniu wróciła do sprawności, afazja ustąpiła po podaniu leków sterydowych. Radość nie trwała długo, gdyż następny napad wystąpił w marcu. Dopiero wtedy neurochirurg, ten sam co wcześniej, zdecydował się na operację wycięcia tego guza.
Operacja odbyła się 7 kwietnia 2026 roku, prawdopodobnie przebiegła prawidłowo.
Po operacji mama została wypisana z oddziału neurochirurgii szpitala miejskiego w Toruniu do domu w trzeciej dobie(!) po operacji, 10 kwietnia 2026. Ja o wypisie dowiedziałam się idąc w odwiedziny do mamy, przy wypisie nie było ani ordynatora ani neurochirurga który ją operował. W zaleceniach została przepisana potężna dawka leków sterydowych, do których nie zalecono stosowania ani leków osłonowych, ani jakiejkolwiek kontroli cukru czy ciśnienia. Nie zagwarantowano transportu medycznego, przez co mama musiała sama wejść na 4 piętro, trzy dni po operacji!
Po mieszkaniu, tak samo jak wcześniej po oddziale, poruszała się z problemami których wcześniej nie miała; chociaż przy wypisie stwierdzono że nie ma wskazań skierowania jej na oddział rehabilitacji!
Niecałe dwa tygodnie po „wyrzuceniu” ze szpitala, 23 kwietnia, mama od rana bardzo źle się czuła; była bardzo słaba, prawie bez kontaktu. Po przyjeździe pogotowia okazało się że mama ma 400 jednostek cukru, została zabrana na SOR, po czym trafiła na oddział chorób wewnętrznych, wciąż tego samego szpitala.
Po unormowaniu poziomu cukru i dostosowaniu dawkowania tabletek na cukrzycę, mama była zdrowa i gotowa do wyjścia. Jednak podczas któryś już badań okazało się że jest zarażona bakterią szpitalną (klebsiella pneumoniae) co spowodowało, że musiała zostać kolejny tydzień na oddziale. Po przekazaniu jej tej informacji przez personel szpitala (mnie przy tym nie było!) wywołało to u niej bardzo mocne zdenerwowanie, wręcz histerię. Następnego dnia rano wystąpił atak padaczki, udar, ponowna afazja, która nie cofnęła się do dnia dzisiejszego, oraz niedowład prawej strony.
Szpital odmówił jej przyjęcia na oddział rehabilitacyjny, pomimo że według słów lekarza powinna być objęta opieką rehabilitacyjną, tłumacząc się brakiem miejsc i remontem oddziału.
12 maja 2026 roku przywieziono mamę do domu, bo tylko w domowych warunkach z najbliższą rodziną jest szansa na odblokowanie i cofnięcie się afazji.
Niestety mama nie chodzi, nie jest w stanie nawet sama wstać z łóżka. Nie mówi, chociaż poznaje najbliższą rodzinę i rozumie co się do niej mówi. Czasem komunikuje się prostymi, krótkimi słowami, czasem gestami a czasem nie ma z nią kontaktu. Fizjoterapeuci przychodzą cztery razy w tygodniu, żeby chociaż postawić ją na nogi, żeby w przyszłości sama mogła się usiąść czy wstać po tak długim okresie hospitalizacji. Poza tym dwa razy w tygodniu przychodzi neurologopeda, która pracuje nad powrotem do sprawności neurologicznej, ten proces również może być bardzo długotrwały.
Wszystko załatwiałam prywatnie, same te koszty są jak dla mnie ogromne a do tego dochodzi jeszcze wynajem łóżka rehabilitacyjnego i inne środki pielęgnacyjne, gdyż mama póki co jest osobą tylko leżącą.
Ja żeby opiekować się mamą musiałam na razie zrezygnować z pracy, nie wiemy jak długo zajmie mamie powrót do, chociaż jakiejkolwiek, sprawności.
Bardzo proszę o jakiekolwiek wsparcie i pomoc.
Przekaż 1,5% podatku