Tatuś walczy z guzem mózgu…

Pawel

Nazywam się Paweł. Mam 29 lat i od 14 lat jestem chory na epilepsję. Mam żonę Martę i  5-letniego synka Piotrusia, który obecnie chodzi do przedszkola. Moja choroba ujawniła się podczas niewinnej przejażdżki rowerem – w czasie jazdy doznałem napadu padaczkowego i spadłem z roweru w wyniku czego złamałem obojczyk. Po badaniach w szpitalu okazało się, że napad padaczkowy wywołał guz mózgu. Lekarze skierowali mnie do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, gdzie na początku otrzymałem leczenie farmakologiczne. Mimo przyjmowania leków przeciwdrgawkowych silne napady padaczkowe nadal występowały i występują do dnia dzisiejszego. Zazwyczaj mam do ok. 10 napadów w ciągu miesiąca, bardzo często musi mi udzielać pomocy karetka pogotowia.  Oprócz tych dolegliwości cierpię na częste, silne bóle głowy, nieraz robi mi się ciemno przed oczami. Ciągły lęk o swoje bezpieczeństwo wywołuje u mnie poczucie bezsilności i wpędza w depresję, zabiera chęć do życia.

Kolejne zmiany leków nie przynosiły efektów  Częste wizyty w szpitalach i konsultacje u lekarzy specjalistów nie dawały większych szans ani na wyleczenie, ani na zmniejszenie częstości występowania napadów – specjaliści z lokalnych placówek określili rosnący guz jako nieoperacyjny ze względu na jego niekorzystne położenie. Po kolejnym pobycie w szpitalu po silnym napadzie padaczkowym z towarzyszącym mu obrzękiem mózgu w czerwcu tego roku postanowiliśmy wraz z żoną szukać pomocy u specjalistów spoza naszego regionu. I tak pojawiła się nowa nadzieja – po konsultacji u specjalisty w Warszawie zostałem zakwalifikowany do leczenia operacyjnego w Wojskowym Instytucie Medycznym. 

Żyjemy skromnie, ja jestem osobą niepełnosprawną, otrzymuję niewielki zasiłek. Żona pracuje w przemyśle spożywczym, pracę ma niepewną i niezbyt dobrze płatną. Mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu na jednym z osiedli w Białymstoku. Po uregulowaniu rachunków, zakupie moich leków i zaopatrzeniu naszego synka Piotrusia w rzeczy niezbędne w codziennym życiu pozostaje niewiele.